Z cyklu "Żywoty bohaterów"
Autor:
Grzesiek 'SethBahl' AdachRedakcja: Wojciech 'Wojteq' Popek

Życie mandaloriańskiego wojownika rzadko kiedy usłane jest różami, zaś w większości przypadków tworzy smutną, czy może nawet tragiczną biografię. Tak też było w przypadku Janga Fetta, który, po stracie rodziców, zaczął otrzymywać twardą szkołę życia na ogarniętej wojną planecie już od najmłodszych lat. Mimo wszystko przeżył, a lokalna społeczność Mandalorian, ceniąca odwagę, spryt i lojalność, wybrała go na swego przywódcę. Być może podobnymi kryteriami kierował się hrabia Dooku, poszukując dla swojego mistrza najlepszego pierwowzoru klonów mających wkrótce utworzyć najpotężniejszą armię w galaktyce.
Nazwisko autora tego scenariusza, Hadena Blackmana, z reguły kojarzy się w pierwszej kolejności z LucasArts. Nie bez przyczyny – przyłożył on rękę do kilku całkiem głośnych starwarsowych produkcji (m.in.
Star Wars Galaxies oraz projektu
The Force Unleashed). Jednak, jak zauważą bystrzy obserwatorzy, jego zainteresowanie odległą galaktyką wykracza poza gry wideo. Blackman jest współautorem kilku przewodników po świecie
Gwiezdnych wojen, a także scenarzystą komiksów. Jego doświadczenie w kreowaniu wirtualnej rzeczywistości dla posiadaczy komputerów i konsol sugerowałoby, trafnie z resztą, iż twórczość komiksowa tego autora również zdominowana będzie przez akcję, brawurowe pościgi i spektakularne potyczki.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Opowieść
Jango Fett. Łowy w żadnym razie nie wyłamuje się z tej konwencji, choć nie ma w tym nic specjalnie dziwnego, biorąc pod uwagę fakt, że recenzowana pozycja to komiksowy hołd dla Fetta – drugiej odsłony małomównego mandaloriańskiego herosa w
Gwiezdnych wojnach. Kreacja postaci została poświęcona na rzecz kolejnych paneli ilustrujących barwne wybuchy i efektowne szarże na stanowiska bojowe, a wszelkie elementy mające dodać historii klimatu i zagadkowości ograniczone do minimum. Na dobrą sprawę o Fettcie nie dowiadujemy się nic nowego, gdyż niemal cała treść
Łowów jest implikacją sposobu, w jaki George Lucas opracował tego bohatera. Nie zawarto tu żadnych przemyśleń łowcy nagród, nie postawiono go też przed żadnym ciężkim wyborem, który powiedziałby czytelnikowi nieco o osobowości Janga.
Przykład
Jango Fett. Open Seasons dobrze ilustruje też fakt, iż dłuższy komiks nie może składać się jedynie z samej akcji. Fabuła autorstwa Hadena Blackmana zamknięta jest w ciasnych ramach oklepanych schematów; do tego stopnia, iż z głównym bohaterem bardzo ciężko jest się identyfikować czy też mu współczuć – jego życiorys nie charakteryzuje się niestety niczym oryginalnym, a podobne koleje losu spotykały niezliczone już ilości gwiezdnowojennych bohaterów, zarówno tych tworzonych przez profesjonalnych pisarzy, jak i tych będących młodymi miłośnikami filmu. Zwrotów akcji w opowieści jest jak na lekarstwo, więc nawet gwóźdź programu (okoliczności pierwszego spotkania hrabiego Dooku z Jangiem Fettem) przechodzi niemal niezauważony wobec otaczającego go morza sztampy.
Wskutek tak postawionej przez scenarzystę sprawy, elementem który z reguły decyduje o odbiorze "dzieła" jest estetyczna, bądź tragiczna, warstwa graficzna. W
Łowach, niestety, próżno szukać tak wyróżniającej się kreski. Do zilustrowania komiksu zatrudniono Ramona Bachsa, który w żadnym ze swoich wcześniejszych występów (rysunki jego autorstwa znajdziemy m.in. w
Jedi vs. Sith i
Infinity's End, piątym
story-arcu serii
Republic) nie zaskarbił sobie mojej sympatii. Trzeba jednak przyznać, iż
Jango Fett. Łowy narysowany jest poprawnie – proporcje ciał bohaterów są zachowane, a znane elementy świata rozpoznawane na pierwszy rzut oka, zwłaszcza w spokojniejszych momentach fabuły. Gdy jednak na twarzach mają pojawić się emocje, rysunki niebezpiecznie balansują na krawędzi groteski; podobnie Bachs męczy się z perspektywą w niektórych kadrach ilustrujących potyczki i pościgi. Estetyka kreski nie odchyla się w żaden sposób od normy, jeśli chodzi o komiksy starwarsowe.
I w tym sęk, jak mówił Edward Dziewoński z kabaretu Dudek.
Jango Fett. Łowy nie należy do czołówki gwiezdnowojennego komiksu. Niestety, nie jest to też opowieść bardzo słaba. Twórcy tak produkcji rewelacyjnych, jak i tych tragicznie słabych mogą spodziewać się, że wytwory ich rąk i wyobraźni zostaną przez fanów zapamiętane.
Łowy to jednak historia mdła, bezbarwna i pozbawiona jakichkolwiek cech, które mogłyby jej nadać charakteru. Częściowym usprawiedliwieniem mógłby być tu fakt, iż
Open Seasons na rynku pojawiło się na niecały miesiąc przed premierą
Ataku klonów i twórcy chcieli jedynie nieco (o ironio) zaostrzyć apetyt fanów przed premierą filmu. Tylko dlaczego tedy rozwlekać komiks na ponad 90 stron? I dlaczego my mamy z tego powodu cierpieć?
Waszym zdaniem...
Dodaj swoją opinię...