Autor:
Jedi Nadiru RadenaRedakcja: Grzesiek 'SethBahl' Adach

Potężne i żądne odwetu pozostałości zwyciężonego Imperium wciąż są na wolności, dopuszczając się aktów piractwa, terroryzmu i rzezi planet młodej Republiki. Najbardziej śmiercionośny, bezwzględny legion szturmowców w czarnych pancerzach spełnia okrutną wolę Lorda Shadowspawna. Uderzając ze strategicznie położonej planety Mindor, niszczą porządek i bezpieczeństwo galaktyki i sieją strach przed odrodzeniem Imperium. Ponowne panowanie sił ciemności pod przywództwem Sithów, to coś do czego generał Luke Skywalker nie może dopuścić.
Mobilizując asów z Eskadry Łotrów – wraz z zaufanymi Chewbaccą, Threepiem i Artoo – Luke, Han i Leia wyruszają stawić czoła wrogowi w jego własnej twierdzy i zapobiec zagrożeniu, nim będzie za późno. Jednak nadciągające natarcie na Mindor zaprowadzi ich wprost w ręce przebiegłego przeciwnika...
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Gdy ogłoszono tytuł kolejnej powieści autorstwa Matthewa Stovera, twórcę uważanego za najlepszego pisarza książek
Star Wars (
Zdrajca,
Punkt przełomu,
Zemsta Sithów), wielu fanów kręciło nosami. Padały wielce nieprzychylne porównania do książek z cyklu Harry Potter i... zastanawiano się, czy nazwa aby nie znamionuje spadku formy Stovera i czy sam wybór ery wczesnej Nowej Republiki jako czasu akcji nie jest już porażką. Kolejnych wątpliwości dostarczyła wybuchowa,
oldschoolowa okładka z Lukiem Skywalkerem pędzącym na spotkanie z Lordem Shadowspawnem... Ależ się Stover z nas wszystkich ponabijał! Ta recenzja z początku miała nie mieć kształtu wielkiego peanu na cześć kunsztu twórcy znamienitej adaptacji Epizodu III, ale
Luke'a Skywalkera i cienie Mindora (w oryginale
Luke Skywalker and the Shadows of Mindor) nie da się potraktować inaczej, jak kolejny przykład błyskotliwości Stovera. Ten bowiem napisał książkę, jakiej nie spodziewał się absolutnie nikt, włącznie z recenzentem.
Co oczyma wyobraźni widzi fan, który czyta patetyczne słowa wypisane na obwolucie
Cieni Mindora? Wielką bitwę sił Imperium i Nowej Republiki oraz wielki pojedynek między tytułowym bohaterem, a tajemniczym, niewątpliwie potężnym i bezsprzecznie złym Lordem Shadowspawnem. Słowem: jeden wielki schemat, rzekłby ktoś nawet – kicz jakich wiele. I w tym momencie swoje trzy grosze wtrąca Matthew Stover, o którym można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że lubi iść prostą drogą, czy, mówiąc kolokwialnie, "jechać schematami". Tak się właśnie składa, że owe patetyczne słowa na obwolucie, owa wybuchowa okładka, to nic innego jak jeden wielki przekręt, który ma sprawić, że spodziewający się jakiejś durnej młócki fan
Star Wars wybałuszy oczy na widok prawdziwej zawartości tej książki. Dlaczego Stover to zrobił? Gdyż głównym wątkiem tej powieści jest
in-universowe spojrzenie na bohaterów takich jak Luke Skywalker, o przygodach których zwykłe szaraczki dowiadują się z przerysowanych, często nieprawdziwych lub zainspirowanych propagandą szmirowatych holofilmów – i tym samym, w nieco subtelniejszej wersji, wyśmiewanie rzeczywistych produkcji filmowych i książkowych, które sławią różnych autentycznych bohaterów, całkiem przekręcając prawdę historyczną.
Matthew Stover stworzył niezwykłą opowieść o manipulacyjnej potędze wizerunku i propagandy, którą wplótł w mroczną (i to dosłownie), inteligentną, acz niepozbawioną zabójczego humoru fabułę. Co więcej, aż trudno uwierzyć w to, że historia z Lukiem, Hanem, Leią i resztą starej, dobrej rebelianckiej paczki może być tak świeża. Ale znowu – to specjalizacja Stovera, że nawet z nielubianej przez fanów postaci (jak niegdyś Jacena) potrafi wykrzesać nowe życie. Luke Skywalker w
Cieniach Mindora to bohater stuprocentowo pasujący do osoby, która niedawno przeżyła wydarzenia
Powrotu Jedi i przeszła słynny campbellowski "cykl bohatera". Tym samym powróciła nieco zatracona w odmętach reszty
Expanded Universe prostolinijność, spokój, zdecydowanie i siła "Ostatniego Jedi", które imponowały widzom w scenach wewnątrz drugiej Gwiazdy Śmierci. Tego Luke'a doceniamy i lubimy; tego Luke’a wydobył Stover, jakby trochę na przekór wspomnianym wyżej poprzednim książkom, które – zaryzykuję takie stwierdzenie – są według mnie w
The Shadows of Mindor delikatnie wyśmiewane, a przynajmniej potraktowane z lekkim przymrużeniem oka. Wracając jeszcze do tytułu powieści; jest on nie tylko fabularnie uzasadniony, ale na dodatek inspirowany starwarsową twórczością Alana Deana Fostera i Briana Daleya, którym ta książka jest dedykowana.
Chciałbym móc zdradzić Wam nieco z fabuły książki, byście mogli choćby częściowo zrozumieć czemu uważam ją za tak świetną, ale to wymagałoby ode mnie
zaspoilerowania Was na śmierć. Dość rzec, że w
Cieniach Mindora czytelnik jest zaskakiwany co rusz, a główny "
bad Guy" wcale nie jest tym, za kogo się podaje. I nie chodzi tu tylko o inną tożsamość – nie, nie, to byłoby poniżej poziomu Stovera, bawić się wyłącznie żonglerką imionami. Nie oznacza to jednak, że w historii nie ma elementów schematycznych, takich oklepanych zagrań, z których słyną powieści
Star Wars. Prosty fakt, że mamy do czynienia z Lukiem, Hanem, Leią i tak dalej, wymusza na autorze konieczność zachowania ich przy życiu i tym samym klęskę ich przeciwników. Stąd też dobrze się dzieje, że przygody Wielkiej Trójki są opisane z maksymalną dawką humoru, zbitkami zabawnych wyrazów i nigdy niepowtarzającymi się, lekko groteskowymi zwrotami. Niekiedy miałem wrażenie przesycenia nimi, niemniej jestem ukontentowany takim stylem. Warto przy tym dodać, że jest on zdecydowanie odmienny od tego prezentowanego przy okazji trzech poprzednich, znacznie poważniejszych książek. Zresztą, Stover za każdym razem pisze inaczej – i zawsze oryginalnie.
W swojej powieści Stover wykazuje się też doskonałą i przede wszystkim konstruktywną znajomością
Expanded Universe. Fenn Shyssa, Mandalorianie i TIE Defendery są najbardziej widoczne, lecz szczególnie cieszą takie z pozoru drobnostki jak wspomnienie o Kadannie, czy, bardzo istotne z punktu widzenia wątku dążenia do nieśmiertelności, o Dathka Graushu i przerażającej alchemii Sithów. Już przy wcześniejszych swoich pozycjach autor pokazał, że nieobca jest mu logika taktyki wojennej i, jakkolwiek dziwacznie to zabrzmi, fizyka uniwersum
Star Wars, co uwidacznia się podczas wielofazowej, skomplikowanej bitwy o Mindor, w której tak naprawdę nie ma zwycięzców. Jego zabawa grawitacją, interdyktorami, polem asteroid i chmarami imperialnych myśliwców przemawia do wyobraźni, nawet jeśli w paru momentach miałem problem ze zrozumieniem, co się tak naprawdę dzieje. Muszę też pochwalić Stovera za inną rzecz, mianowicie interesującą koncepcję rasy w oryginale zwanej Melters, której członkowie są rodzajem płynnej skały i nie rozumieją większości pojęć klasycznej cywilizacji, nawet takich prostych, jak śmierć i ból. To coś nowego w uniwersum
Star Wars, mimo iż wydaje się zupełnie nie pasować do jego klimatu.
Nawiązując do wstępu tej recenzji – nawet ja przez moment bałem się, że czwarta gwiezdnowojenna książka Matthewa Stovera będzie nie tyle niewypałem, co po prostu czymś gorszym od niesamowitego
Zdrajcy, czy brutalnego
Punktu przełomu. Ten tytuł, ta okładka, to wprowadzenie na obwolucie... mogą zmylić, zasiać ziarno wątpliwości. Mamy jednak do czynienia z pisarzem nietuzinkowym, który z pełną świadomością korzysta z tych, a nie innych środków artystycznych, który doskonale manipuluje koncepcjami, i który, wreszcie, ma pełną kontrolę nad tym, co pisze – i to nawet w sytuacji, gdy musi przerabiać czyjąś historię na swój sposób, czego dokonał przy
Zemście Sithów.
Luke Skywalker i cienie Mindora to książka w innej tonacji niż poprzednie jego dzieła, bardziej wesoła, mniej refleksyjna, wciąż na pewien sposób mroczna i zaskakująca, lecz nie zmienia to jednego, podstawowego faktu: jest tak samo perfekcyjna. Warto wydać na nią każde pieniądze. Mam tylko nadzieję, że następna powieść znamienitego Matthewa Stovera pojawi się prędzej niż za trzy lata. Taki pisarz jest bezcenny.
Waszym zdaniem...