Autor:
Jedi Nadiru RadenaRedakcja: Grzesiek 'SethBahl' Adach
Nowej Republice zagraża kolejne niebezpieczeństwo. Hutt Durga, wielki lord świata przestępczego, wykrada z Coruscant plany Gwiazdy Śmierci. Zamierza skonstruować Miecz Ciemności – superlaser, za pomocą którego można niszczyć całe planety. Okazji, jaką stwarzają plany Durgi, nie zamierza przepuścić admirał Daala, dążąca za wszelką cenę do odbudowy podzielonego Imperium...
Jeśli wyłączyć dwa dzieła Michaela A. Stackpole'a (
Ja, Jedi oraz
Myśliwce Adumaru), wszystkie książki
Star Wars, których fabuła jest umiejscowiona w latach 11-18 ABY są powszechnie uważane przez fanów za gnioty lub też, w najlepszym wypadku, średniaki niższej klasy. Po przeczytaniu
Miecza Ciemności, ostatniej powieści z tej smętnej listy liczącej czternaście (!) pozycji, niestety muszę się pod tym podpisać obiema rękami. Żeby było zabawniej,
Miecz Ciemności to najlepsza część
Trylogii Callisty, co dwóm pozostałym powieściom,
Dzieciom Jedi i
Planecie Zmierzchu (obie autorstwa Barbary Hambly), wystawia wprost fatalne świadectwo. Ale do rzeczy.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Z początku fabuła przedstawia się nawet całkiem zgrabnie: Han i Leia Solo rozpoczynają poszukiwania informacji na temat niecnych, jak zawsze, knowań Huttów, Luke i Callista ruszają w romantyczną podróż w celu przywrócenia ukochanej Skywalkera utraconej zdolności władania Mocą, a Daala szykuje się do zjednoczenia rozbitego Imperium. Im dalej jednak w las, tym gorzej, a na drodze wyrasta jeden absurd za drugim. Dla przykładu: Luke i Callista zaatakowani przez armię wamp na Hoth, jak w jakimś tanim thrillerze, szef wywiadu najpotężniejszego państwa w galaktyce wykonujący misje szeregowych agentów (pewnie by nie nadwyrężać za bardzo kwintylionowego budżetu), czy dwaj rycerze Jedi przedzierający się przez legiony żołnierzy, by następnie bez większego trudu uciec z serca przestworzy, w których fruwa gigantyczna imperialna flota.
Polityka zazwyczaj traktowana jest w
Star Wars po macoszemu, ale to co wyrabia Kevin J. Anderson przechodzi ludzkie pojęcie. Galaktyczna dyplomacja według wizji naszego autora przypomina zaściankową wymianę uprzejmości między dwoma chłopami zza miedzy – za grosz w tym wszystkim sensu.
Chociaż Kevin J. Anderson postarał się, by w
Mieczu Ciemności nie zabrakło elementów znanych z poprzednich prac
Expanded Universe (np. Juggernaut przetłumaczony, nie wiedzieć czemu, na "molocha"), w książce aż roi się od najróżniejszych błędów, szczególnie w opisach militarnych starć. Kłuje w oczy niewiarygodna marność imperialnych okrętów wojennych, które wybuchają przy pierwszym trafieniu, zwłaszcza jeśli postawi się je przy superwytrzymałych maszynach Nowej Republiki. Finałowa bitwa jest kwintesencją tego, w jaki sposób autor książki "ocenia" możliwości statków obu stron: Superniszczyciel wraz z kilkunastoma Niszczycielami Gwiezdnymi klasy Victory nie dają rady pojedynczemu (!) krążownikowi Mon Calamari i czterem maluteńkim kanonierkom. W rzeczywistości taka potyczka skończyłaby się błyskawicznym unicestwieniem floty Republiki – ale nie tu. "Ci źli" muszą dostać po "czterech literach", więc można "nieco" naciągnąć kanon, prawda? Głupi fan niczego nie zauważy, prawda? Całe szczęście, że Kevin J. Anderson nie pisze już dla LucasBooks...
Opisy działań wojennych wołają o pomstę do Mocy i obawiam się, że nie mam pomyślnych wieści dla osób, które liczą, że autor powieści odkupił winę sposobem zaprezentowania innych elementów. Nic z tego, powtarza się bowiem to, co zastaliśmy przy fabule: zrazu jest dobrze, zdania pięknie łączą się w niebanalne niekiedy opisy, lecz później wszystko to
"topi się niby lód w maju", jak niegdyś napisał Andrzej Sapkowski, i przechodzi w nudny i męczący ciąg schematów. Tłumacz czasami jest w stanie poprawić styl danego pisarza, ale tutaj chyba niewiele można było uczynić. Pod koniec powieści co uważniejszy czytelnik wyłapie od groma powtórzeń. Odnosi się wrażenie, że powoli z Kevina J. Andersona uchodziło powietrze i z każdym kolejnym dniem coraz mniej przykładał się do swojej pracy, kierując się zapewne zasadą "fan i tak to kupi". Niestety, miał rację, gdyż pewnego tygodnia
Miecz Ciemności sięgnął trzeciej pozycji na liście bestsellerów New York Timesa... Aż mi się przez chwilę zrobiło wstyd, że jestem fanem.
Narzekam i narzekam, a przecież jakieś plusy ta powieść ma, czyż nie? Trochę trudno je odnaleźć w natłoku bzdur, ale zapewniam, że istnieją. Dajmy na to postać Bevela Lemeliska, jednego z głównych projektantów kilku imperialnych superbroni (Gwiazda Śmierci, Pogromca Słońc itp.). Jest dobrze skonstruowana, z cynizmem obserwuje wydarzenia wokół siebie, ma mnóstwo nietypowych spostrzeżeń, swoje dziwactwa i często zatapia się we wspomnieniach z okresu, gdy pracował dla samego Imperatora. Lemelisk jest niestety (znowu) jedynym bohaterem książki, który posiada więcej niż dwa wymiary, a przecież to nie na nim koncentruje się fabuła
Miecza Ciemności. Cóż, jeśli Kevin J. Anderson daje Wedge'owi Antillesowi przemyślenia typu
"Musimy się spieszyć. SPIESZYĆ!", to wybaczcie, ale coś tu jest nie tak.
Miałem o plusach pisać, a powtórnie skończyłem na krytyce — taka to już książka, gdzie każdemu kryształkowi cukru towarzyszą co najmniej trzy ziarna pieprzu. Kevin J. Anderson zrobił z dobrze zapowiadającego się materiału coś, co z trudem da się przełknąć. Niezależnie od tego, czy ktoś czytał
Miecz Ciemności trzynaście lat temu, gdy został wydany, czy teraz, wrażenia są identyczne: tak niebywale bezsensowna i nie trzymająca się kupy historia, nie miałaby prawa zaistnieć w uniwersum
Star Wars.
Komu doradziłbym kupno
Miecza Ciemności? Chyba tylko kolekcjonerom, bo inni nie mają tu czego szukać, tym bardziej że to część beznadziejnej trylogii książkowej. Uwierzcie mi na słowo: nie warto się za to zabierać, szkoda cennego czasu.
Waszym zdaniem...