Autor:
Jedi Nadiru RadenaRedakcja: Grzesiek 'SethBahl' Adach

Zniszczenie Gwiazdy Śmierci przez Sojusz Rebeliantów zadało Imperium poważny cios. Ale Palpatine i Darth Vader przeżyli atak. Luke Skywalker, Han Solo i księżniczka Leia muszą znów stawić czoło obu potężnym wrogom. Rebelianci nie są jednak jedynym zmartwieniem Palpatine'a. Imperialny szturmowiec Daric LaRone niespodziewanie przeciwstawia się władcy i nawołuje do buntu swoich towarzyszy. Wszyscy wypowiadają posłuszeństwo Imperium...
Timothy'ego Zahna chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Jak możemy wyczytać na ostatniej karcie
Posłuszeństwa, autor ten napisał do tej pory siedem książek
Star Wars o łącznym nakładzie liczącym cztery miliony egzemplarzy. Problem tego pisarza polega jednak na tym, że od dobrej dekady, czyli od powieści
Wizja przyszłości, nie udało mu się stworzyć niczego na miarę swoich ogromnych możliwości. Zarówno
Rozbitkowie z Nirauan, jak i
Poza galaktykę raczej zostały przez wielu fanów uznane za rozczarowania – książki dobre, ale bez specjalnego polotu i emocji, które charakteryzowały słynną
Trylogię Thrawna i dylogię
Ręką Thrawna. Czy
Posłuszeństwo odwróciło ten niepokojący trend? Niestety, ale moim zdaniem nie. Ba, zdaje się wręcz, że tylko go pogłębiło.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Największy mankament
Posłuszeństwa to fakt, że właściwie nie wiadomo o czym ta książka jest, ani tym bardziej po co ją napisano. Żeby pokazać, jakimi zadaniami parała się za młodu Mara Jade? By nieco oddemonizować imperialnych szturmowców? A może, jak niektórzy twierdzą, by przypodobać się fanom? Szczerze wątpię bowiem, aby chodziło o ukazanie koleeejnej przygody Luke'a i jego przyjaciół, bo tego mieliśmy w
Expanded Universe zdecydowanie za dużo. Z pewnością najbardziej eksponowanym – i zarazem najciekawszym, głównie dlatego, że to spore
novum – elementem fabuły
Posłuszeństwa jest wątek dezercji pięciu szturmowców, ale wypada on dość blado z powodu słabo zarysowanych, wręcz papierowych głównych bohaterów. A co z intrygą, która jest osią całej akcji i, jak to zwykle bywa u Zahna, napędza ją? Bardzo cienko, niestety. Wyraźnie zabrakło Thrawna, gdyż pod tym względem fabuła jest mocno przewidywalna i tylko w jednym momencie autor naprawdę mnie czymś zaskoczył. Za spory plus muszę jednak uznać niesamowite tempo akcji w pięciu-sześciu ostatnich rozdziałach, trudno jest wtedy odłożyć książkę na bok. Ja na przykład kończyłem ostatnie linijki w takt rosyjskiego hymnu rozpoczynającego półfinał Euro 2008.
Wróćmy teraz do postaci. Może to wynikało z braku uwagi poświęcanej lekturze pierwszych kawałków
Posłuszeństwa, ale przez cały czas czytania powieści nie byłem w stanie rozróżnić poszczególnych szturmowców. Postacie LaRone'a, Brightwatera, Quillera, Marcosa i Grave'a są do siebie tak podobne, tak niewyraźnie, ba – płaskie – że nie sposób się z którąkolwiek z nich identyfikować. Uwiera to tym bardziej, że także pozostali główni bohaterowie prezentują się słabo i na ogół całkiem brak im charyzmy. Najlepszymi postaciami są jedynie te trzecio- i czwartoplanowe, a to już poważny zarzut. Należy też ponarzekać na to, jak Zahn potraktował Marę Jade. Słynna Ręka Imperatora została tak wybielona, że człowiekowi niedobrze się robi: dziewczyna jest niesamowicie naiwna, co nijak nie tłumaczy jej osiemnaście lat, a do tego na wskroś nie-imperialna w swoim zachowaniu. Po co to? Nie wiadomo; mnie bardziej podobała się Mara z
Trylogii Thrawna. Inną cudacznie sportretowaną postacią jest Darth Vader – dziwnie mówi, dziwnie się zachowuje, a nawet, jak wynika z opisów, dziwnie się porusza. Wielkie brawa należą się natomiast pisarzowi za Wielką Trójkę – Luke, Han i Leia w stu procentach odpowiadają filmowym pierwowzorom.
Teraz czas na moją ulubioną część recenzji, czyli czepialstwo – a jest czego się uczepić, oj jest. Zacznę od Mary Jade; przedstawiona w książce Ręka Imperatora to rycerz Jedi pełną gębą: ma miecz świetlny, umiejętność odbijania nim nawet paru blasterowych strzałów naraz, w pełni wykształcone zdolności władania Mocą. Sęk w tym, że na tej fazie zaawansowania Mara w służbie Palpatine'a nigdy nie była (
vide Trylogia Thrawna i parę innych książek, w których bohaterka wspomina "stare dobre czasy"), a gdyby już była, zdecydowanie głębiej siedziałaby w Ciemnej Stronie Mocy. Innym problemem Zahna, zauważalnym już w jego poprzednich dziełach, jest brak zachowania proporcji i skali. Przekonanie jakoby żaden szturmowiec nigdy nie zdezerterował z armii liczącej miliardy żołnierzy jest tak samo absurdalne, jak hipoteza, że Imperator bał by się rozprawić z jednym secesyjnym sektorem gwiezdnym. Pada nawet sugestia, że nie miałby dostatecznej liczby okrętów, aby tego dokonać (!), chociaż każda imperialna flota sektora liczy sobie co najmniej sześć Imperialnych Niszczycieli plus dziesiątki okrętów pomocniczych. Szkoda, że autor nie odrobił pracy domowej, bo takie rzeczy niezwykle irytują zorientowanych w temacie czytelników.
Wśród paru fanów pojawiły sie głosy, że Timothy Zahn w swych ostatnich książkach przesadził z "integrowaniem się z fandomem
Star Wars" poprzez wprowadzenie do kanonu wyidealizowanych "dobrych" szturmowców rodem z fanowskiego 501 Legionu (dodam przy okazji, że to właśnie Zahn ukanonizował 501st), czy pilotki Stacy, którą niektórzy mogą znać z pastiszowych fanfilmów z cyklu
Pink Five. Tylko co z tego? Szturmowcy przedstawieni w
Posłuszeństwie to wyjątki od reguły, zaś Stacy pokazała się raptem na jednej stronie i przez momencik poflirtowała z Hanem Solo. Czy to naprawdę coś złego? Moim zdaniem to dobrze, że Timothy Zahn, a mam nadzieję, że także i inni autorzy
Star Wars, słucha tego, co mówią fani i czasem mruga do nich okiem. Bo czym innym, jak nie mrugnięciem okiem jest nazwanie Ręką Sprawiedliwości pięciu dezerterów? To tylko świadczy o tym, że pisarz ma zdrowy dystans do siebie i swej twórczości i zdaje sobie sprawę z tego, że bez fanów nigdy nie stał by się tak znaną osobą.
Od Timothy'ego Zahna zawsze oczekiwano wysokiego poziomu wykonania, książek napisanych dobrze, wartkich, interesujących, z mnóstwem zwrotów akcji – słowem: świetnych powieści przygodowych w szacie uniwersum z odległej galaktyki. Według mnie
Posłuszeństwu nie udało się spełnić oczekiwań pokładanych w pisarzu z powodu nieciekawej, wyraźnie cierpiącej na brak pomysłu fabuły, dwuwymiarowych postaci, paru zgrzytów logicznych i chyba po prostu złego usytuowania w chronologii
Star Wars. Nie oszukujmy się – klasyczne czasy Rebelii to nie jest coś, co w tej chwili najbardziej pociąga fanów. Timothy Zahn z pewnością jeszcze się nie wypalił, ale wygląda na to, że pisanie o sprawach niewielkiej wagi dla historii galaktyki nie jest jego atutem.
Posłuszeństwo jest tego doskonałym dowodem.
Waszym zdaniem...
Dodaj swoją opinię...