Autor:
Marcin 'Martinus' SzulżyckiRedakcja: Grzesiek 'SethBahl' Adach

Odkąd Han poznał Leię, praktycznie każda kolejna książka, w której występowały te dwie postaci, wiązała się z ich romansem. Na swoim koncie mają już niejedną przygodę, a nie raz próbowano rozdzielić tę parę. Jak to się jednak stało, że się związali, ślubując sobie wierność do grobowej deski? To pytanie zadawałem sobie sięgając po kolejną książkową pozycję ze świata
Gwiezdnych wojen –
Ślub księżniczki Leii Dave’a Wolvertona.
Księżniczka Leia, bardzo pochłonięta swoimi politycznymi zadaniami, zabiega o fundusze na prowadzenie walk z Lordem Zsinjem i jego armią, działając na rzecz Nowej Republiki, a na dodatek szukając domu dla licznych uchodźców z planety Alderaan. Nagle pojawia się rozwiązanie większości z tych problemów. Książę Isolder z gromady gwiezdnej Hapes, przybywa na czele licznej i niezwykle śmiercionośnej floty ofiarowując księżniczce dary warte niejedną fortunę, a z nim pojawia się możliwość ulokowania Alderaan na któreś z planet. Jest tylko jeden haczyk – musi poślubić przybysza i zostać królową Hapes u jego boku. Oczywiście oferta jest kusząca, książę niezwykle czarujący i przystojny, ale z drugiej strony jest Han, trochę nieokrzesany, łobuzerski. Co więcej, martwiący się o przyszłość swojego związku. Przemytnik wpada więc na "genialny" pomysł – wygrywa dla Lei w karty planetę – Dathomirę, a gdy tego wciąż jest mało, porywa ją na "wycieczkę" po nowych włościach. Nie wie jednak, w jakie tarapaty się władował, gdyż mieszkańców tej planety obawiał się sam Imperator Palpatine.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Pierwsze, co mnie tu poraziło to postacie. Najgorzej prezentuje się Leia, u której z jednej strony poczucie lojalności względem pobratymców i Republiki jest duże, z drugiej zaś motywy wielu jej działań pozostają niezrozumiałe i nie mające wiele wspólnego z czyimkolwiek dobrem, może poza własnym. Wkrótce po poznaniu Isoldera jest nim oczarowana, zapominając z łatwością o trwającej już wiele lat miłości do Hana, co powoduje w dalszej mierze bezczelne oszukiwanie najbliższych odnośnie siebie samej i swoich planów na przyszłość. Równie słabo wypada Han. Ogólnie znany był on z wysokich umiejętności gry w sabacca. W istocie, fakt ten znajduje potwierdzenie niemal w każdej innej książce uniwersum, jednak tutaj autor poszedł zdecydowanie za daleko. Solo, który postanawia sobie, że wygra planetę, schodzi na niższe, cieszące się złą sławą, poziomy Coruscant, i wygrywa, ot tak, po prostu, planetę. Już sama łatwość, z jaką mu to przyszło jest mocno naciągana, a fakt, że zmierzył się od razu zagrać z kimś, kto przypadkiem był w posiadaniu wymarzonej dla niego nagrody, jest wysoce nieprawdopodobny. Choć jego oddanie sprawie było rzeczywiście godne podziwu, to wiele decyzji podejmował bez przemyślenia, a gro z nich nie pasowało do Hana, jakiego znamy z filmów. Luke właściwie zawsze pozostaje Lukiem – człowiek ciekawski, zawsze spokojny, opanowany, nauczający o Mocy i Jasnej Stronie wszystkich na około, włącznie z niewrażliwym na nią Isolderem, z którym wyrusza w pościg za Leią i Hanem.
Sama Dathomira, jako wprowadzona po raz pierwszy do uniwiwersum
Gwiezdnych wojen planeta, jest interesująca – imperialne więzienie, a także strategiczna baza terytorium opanowanego przez Lorda Zsinja, położona w pobliżu granicy z Nową Republiką. Ciąży na niej jednak klątwa nałożona przez Imperatora, który bał się potęgi tubylców – Wiedźm z Dathomiry. Stąd też i zakaz lądowania na planecie wszelkich statków kosmicznych. Wiele lat wcześniej na planecie pojawili się także Rycerze Jedi z Yodą na czele, ale ponieśli klęskę w walce z jej mieszkańcami. Szkoda tylko, że gdy trafia na nią Luke, jest w stanie stawić czoło jeszcze silniejszym Wiedźmom, choć jak wiadomo, w porównaniu do poprzedzających go mistrzów wciąż wypadał blado. Właściwie nawet Wiedźmy nie wydały się straszne. Piszę "właściwie", gdyż na całą planetę przypadł jeden groźny klan – Siostry Nocy, które dopiero nabierały sił, choć używały Ciemnej Strony Mocy, potencjalnie stanowiąc niezwykłe zagrożenie dla galaktyki. Stopień posługiwania się przez nie Mocą może nie był mistrzowski, ale liczebność faktycznie mogła wzbudzić grozę.
Bardzo spodobał mi się pomysł opracowania przez autora społeczeństwa Wiedźm. Przywódczynią zostawała naturalnie najsilniejsza, a jeśli któraś pragnęła męża, musiała go sobie znaleźć, porwać i zniewolić. Dość oryginalne. Niestety pojawienie się w tej samej historii Hapan, wśród których także władają kobiety, a mężczyźni muszą zadowolić się rolą podwładnych, sprawia, że ów pomysł powszednieje. Mimo wszystko różnic pomiędzy nimi jest dużo, w wyniku czego książka kulturowo jest naprawdę barwna.
Sam styl Wolvertona jest przyjemny, czyta się szybko, łatwo. Nie zaskakuje bujnością opisów, nie przesadza też z odwołaniami do innych pozycji ze świata
Gwiezdnych wojen, ale jest ich wystarczająco dużo, by powieść mogła być ciągiem dalszym historii wymyślonej przez Georga Lucasa, stanowiąc jednocześnie odrębną całość. Fabuła nie jest zbyt rozbudowana, jednak z czasem wzrasta napięcie tworzone przez ciąg wydarzeń, prowadząc do ciekawego punktu kulminacyjnego.
Podsumowując,
Ślub księżniczki Leii nie jest lekturą obowiązkową każdego fana sagi
Star Wars, stanowi raczej ciekawostkę. Jeśli kogoś fascynują wszystkie szczegóły z życia Hana i Lei lub też zastanawia się, jak po książkowej serii
X-wingi potoczyły się losy Lorda Zsinja, to warto sięgnąć po powieść Dave'a Wolvertona. W przeciwnym wypadku radzę zająć się ciekawszymi tytułami.
Waszym zdaniem...